
Sebastian Siwy. Po prostu.
Przyjaciel, kompan, człowiek, który potrafi wejść w kadr zanim jeszcze włączę aparat.
Znamy się nie od wczoraj, więc gdy przyszedł na sesję, nie było ani wielkich ustaleń, ani specjalnych oczekiwań.
Było za to dużo śmiechu, przepychanek słownych i tego charakterystycznego „no dawaj, rób mi zdjęcia jak gwiazdorowi, tylko nie mów, że nie masz filtrów na biceps.”
To była jedna z tych sesji, które płyną same.
Nie trzeba było reżyserować, nie trzeba było udawać – wszystko się działo.
Były momenty powagi (całe trzy sekundy), były wygłupy, była energia jak na backstage’u dobrego spektaklu.
Światło grało.
On grał.
A ja… no cóż – naciskałam migawkę z przekonaniem, że robię materiał, który pójdzie w ramkę, na Insta i może jeszcze na okładkę czegoś, co nawet nie istnieje, ale jakby istniało, to on już ma zdjęcia.
Po wszystkim powiedziałam z przekonaniem:
„Seb, to była sztuka. Totalna. Mamy wszystko. Portrety, emocje, vibe. Ty tu wyglądasz jakbyś właśnie skończył tournée po Nowym Jorku. Serio.”
Uśmiechnął się skromnie, jak to on.
Chociaż oczy mówiły: „wiem, że tak”.
Rozstaliśmy się w dobrych nastrojach.
Z planem, że jeszcze podziałam nad obróbką i „zaraz Ci podeślę”.
Tylko że… nie.
Nie podeślę. Bo nie ma co.
Kilka dni później mój syn – istota pełna ciekawości i odrobiny chaosu – usiadł przy komputerze.
Z niewinną miną kliknął foldery, sprawdził „czy tu coś się nie powtarza”… i nacisnął.
To jedno nieszczęsne, potężne, nieodwracalne „usuń”.
Folder „Siwy_sesja_final” zniknął z dysku jak magia z taniego cyrku.
Została po nim pusta przestrzeń i moje otwarte usta.
Kiedy zadzwoniłam do Sebastiana, żeby mu to powiedzieć, miałam tremę większą niż przy pierwszej sesji z gwiazdą.
Wzięłam oddech, zaczęłam opowieść, i zanim skończyłam, on tylko rzucił:
„No, czyli klasycznie. Moja uroda znowu nie przetrwała rzeczywistości.”
I się roześmiał.
Tak szczerze, na głos, do słuchawki.
A ja razem z nim, bo co innego można było zrobić?
Tak oto powstała legendarna sesja, której nikt nie widział.
Mamy wspomnienia.
Mamy cytaty.
Mamy historie.
Nie mamy zdjęć.
I może właśnie dzięki temu ta sesja jest nieśmiertelna.
Od tej pory mówi, że był moim „projektem artystycznym jednego dnia”.
I że jak ktoś pyta, dlaczego nie ma jego zdjęć na stronie, odpowiada:
„Nie mieszczę się w backupach emocjonalnych.”
A ja?
Ja mam nauczkę. I przyjaciela, który zamiast się obrazić, zrobił z tego jeszcze jedną historię do naszej kolekcji.
I kto wie… może powtórzymy tę sesję.
Albo i nie.
Bo czasem najpiękniejsze obrazy to te, które istnieją tylko między ludźmi.
Monika – MK Photo Studio



