Arkadiusz Tańcula – sesja, która nie miała ciszy

Portret z energią, której się nie da wyłączyć

Nie każda sesja w moim studiu przebiega w skupieniu i ciszy.
Czasem światło nie zdąży jeszcze złapać kadru, a energia już pędzi jak rollercoaster. Tak właśnie było, kiedy w drzwiach pojawił się Arkadiusz Tańcula – razem ze swoją ekipą, kamerą, mikrofonem i całym tym własnym mikroświatem, który przemieszcza się z nim, gdziekolwiek się pojawi.

Wszedł jak ktoś, kto zna scenę. Jak ktoś, kto nie tylko dobrze czuje się przed kamerą – on żyje w jej oku. Od początku było jasne, że to nie będzie zwykła sesja, tylko bardziej… spektakl z życia wzięty.

Zanim jeszcze zdążyłam przywitać się z operatorem kamery, Arek był już w centrum studia, rozglądał się, zagadywał, rzucał komentarzami, które wywoływały śmiech, a po chwili… już coś opowiadał do kamery, zupełnie zapominając, że jeszcze nie zdążyliśmy nawet rozstawić światła.

To był huragan w bluzie, kontrolowany chaos, który miał w sobie urok i pewność siebie w jednym.
Nie było mowy o stopniowym wejściu w sesję – ona po prostu zaczęła się natychmiast, bo on… już był „na”.

Każde ujęcie to była akcja.
Klatka po klatce: gesty, spojrzenia, uśmiechy, teksty do operatora, spojrzenia w bok, znów do mnie, znów poza kadr – i znowu wracał.
Arek miał ten rodzaj obecności, który ciężko zmieścić w jednym kadrze.
Był wszędzie. I robił to celowo.

Ale – i tu pojawiła się magia – w tym całym show było też coś szczerego.
On nie udawał, że jest spokojniejszy niż jest.
Nie próbował „zrobić dobrego wrażenia” – on po prostu był sobą.
W 100%, na pełnym ogniu.

I właśnie dlatego te zdjęcia niesamowicie.
Bo nawet kiedy się śmiał, nawet kiedy żartował do kamery – w oczach było coś prawdziwego.
Radość bycia w centrum, ale też zgoda na to, kim się jest bez filtra.

W przerwach nie było przerw.
Były tylko kolejne sceny.

Zmieniał koszulkę, ustawiał się do kamery, pytał, jak wyglądają ujęcia, rzucał komentarze o świetle, po czym znów wracał do obiektywu i grał „na poważnie” – ale z tym błyskiem w oku, który mówił: „Wiem, że Ty też się trochę śmiejesz, ale róbmy to dobrze.”

Nie było chwili ciszy.
I może właśnie dzięki temu te zdjęcia są żywe.

Nie ma na nich zadumy.
Jest ruch.
Jest energia.
Jest facet, który wie, że patrzysz – i właśnie tego chce.

Na koniec, jak wszystko było już spakowane, a operator zwinął sprzęt, Arek jeszcze przez chwilę został.
Z uśmiechem spojrzał na ekran aparatu, rzucił coś pół żartem, pół serio – i zniknął tak, jak się pojawił.

Z hukiem. Z komentarzem. Z energią, którą czuć jeszcze długo po tym, jak drzwi się zamknęły.

Nie każda sesja musi być cicha, żeby była prawdziwa.
Czasem właśnie w hałasie, w gęstym powietrzu między śmiechem a autopromocją, pojawia się chwila, która łapie esencję człowieka.
I dla mnie, jako fotografki, to jest najcenniejsze.

Bo to, co autentyczne – zawsze da się uchwycić.
Trzeba tylko wiedzieć, gdzie spojrzeć między gestami.

Monika – MK Photo Studio