
Gwiazda w moim obiektywie: Kuba Hejz
Spotkanie z artystą, który wie, co chce powiedzieć — nawet w ciszy
Zdarzają się sesje, w których nie trzeba wypowiadać zbyt wielu słów.
Wystarczy spojrzenie, delikatne skinięcie głową, lekki uśmiech – i już wiesz, że jesteście po tej samej stronie. Tak właśnie było, gdy w drzwiach mojego studia stanął Kuba Hejz.
Nie było niczego teatralnego w jego wejściu. Żadnej zbędnej aury, żadnych wokół siebie znaków rozpoznawczych, które mielibyśmy kojarzyć z artystami estrady. Nie musiał niczego udawać, niczego grać. Wszedł jak człowiek, który wie, kim jest – i nie musi tego nikomu udowadniać.
W jego obecności było coś dziwnie kojącego. Czuć było spokój, który nie wynikał z braku emocji, ale z ich świadomości. On już niczego nie szuka – on wie, co w nim jest. To bardzo rzadkie.
Rozmawialiśmy chwilę. Nie o muzyce, nie o show-biznesie. Raczej o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy scena milknie. O tym, ile prawdy zostaje, gdy wyłączają się światła, i zostajesz sam ze sobą – bez publiczności, bez mikrofonu. I jak czasem właśnie wtedy jesteś najbardziej sobą.
Zaczęliśmy fotografować bez wielkiego planu. Nie miałam gotowych póz, on nie przyniósł listy inspiracji.
Nie potrzebowaliśmy tego.
Wystarczyła rozmowa.
Wystarczyła cisza między jednym ujęciem a drugim.
Wystarczyło światło, które łagodnie układało się na jego twarzy – jakby znało ten rytm, którego my jeszcze nie wypowiedzieliśmy na głos.
Zadziwiające było to, jak naturalnie Kuba odnajdywał się przed obiektywem. Bez żadnego parcia na efekt. Jego spojrzenie nie było „do zdjęcia”. Ono było prawdziwe – lekko zamyślone, trochę nieobecne, ale pełne.
Nie było w tym nic wymuszonego.
On nie próbował wyglądać. On po prostu był.
I to było w tej sesji najbardziej poruszające.
W jednej z przerw powiedział coś, co do dziś we mnie zostało:
„Wiem, że robię muzykę, ale czasem to, czego nie powiem w tekstach, można zobaczyć na zdjęciu.”
I tak właśnie było.
Ta sesja nie opowiadała jego kariery.
Nie była promocją nowego albumu.
Nie była kolejnym „materiałem pod social media”.
To była sesja człowieka, który dał sobie prawo po prostu być sobą.
Bez filtra, bez historii na pokaz, bez efektu „wow”.
I w tej zwyczajności było najwięcej prawdy.
Patrząc przez wizjer aparatu, widziałam nie tylko artystę.
Widziałam chłopaka z gitarą, z refleksją, z czułością wobec świata.
Widziałam Kubę, który na co dzień śpiewa dla ludzi – a przez moment pozwolił, żeby to świat „posłuchał” jego milczenia.
Nie wiem, czy to zdjęcia, które pójdą na plakaty koncertowe.
Ale wiem, że to zdjęcia, w których jest on naprawdę.
I może właśnie o to chodzi w fotografii.
Nie o to, żeby coś udowadniać.
Tylko o to, żeby coś uchwycić — zanim to zniknie.



